Dzień 1 — Calenzana (275 m n.p.m.) → Ortu di u Piobbu → Refuge de Carozzu (1270 m n.p.m.)
Plan trasy: ok. 19 km · ok. 2170 m podejścia · ok. 1200 m zejścia · około 13–13,5 godziny marszu
Po drodze: Bocca di u Ravalente (630 m n.p.m.), Bocca à u Saltu (1250 m n.p.m.), Bocca à u Bassiguellu (1486 m n.p.m.), Refuge d’Ortu di u Piobbu (1570 m n.p.m., przelotem), Bergerie de Mandriaccia (ok. 1460 m n.p.m.), Bocca di Pisciaghja (1950 m n.p.m.), najwyższy punkt grani (ok. 2020 m n.p.m.), Col d’Avartoli (1898 m n.p.m.) i Bocca di l’Innominata (ok. 1865 m n.p.m.).
Wpis nr 1
Więc tak. Panie wstały około 4:30 i koło 4:40 wyszły z pokoju. Dzięki temu mogłem spokojnie się spakować. To jednak ogromny komfort, kiedy ma się cały pokój dla siebie i nikt nie przeszkadza. Wszystko idzie wtedy naprawdę sprawnie.
Przetestowałem też nową mieszankę śniadaniową: płatki górskie, liofilizowane owoce i mleko w proszku. Powiem tak – nie jest źle. To może nie jest coś, co tygrysy lubią najbardziej, ale człowiek jest po tym naprawdę syty. Do tego bagietka i pomidor, które zostały z wczoraj, i było całkiem git.
Udało się wyjść około 5:40. Chwilę po szóstej byłem już przy wejściu na szlak. Rewelacyjnie idzie się rano. Jest teraz ósma. Pokazuję właśnie palcem miejsce, w którym ostatnio praktycznie umierałem. Takie drzewo, właściwie dwie cienkie sosny, pod którymi próbowałem schować się w cieniu. Obok jest skalny występ z pięknym widokiem na Calvi.
Nie jest jednak tak kolorowo, bo obcierają mnie nowe buty. Niby wcześniej je testowałem, a jednak…
I taka refleksja przyszła mi do głowy. Człowiek jest uzależniony od tylu rzeczy, na które nie ma żadnego wpływu. Nie od technologii, tylko od zwykłych rzeczy, które go otaczają. Możesz być przygotowany, zdrowo jeść, kupić buty za tysiąc złotych, a na końcu i tak jesteś uzależniony od tego, czy ktoś gdzieś w Bangladeszu równo przyszył kawałek materiału. Albo czy projektant dobrze zaprojektował but. Chociaż właściwie nawet nie można mieć do niego pretensji. Ten sam model może pasować większości ludzi, a akurat Tobie nie. I chyba właśnie z tym mam teraz do czynienia.
Mam but kupiony z zapasem, wszystko wydawało się dobrze przemyślane, przetestowane, a jednak nie wszystko da się przewidzieć.
I tak sobie myślę, że trekking to ciągłe radzenie sobie z przeciwnościami. Jeżeli nie ból, to brak wody. Jeżeli nie brak wody, to burza i pogoda. Jeżeli nie pogoda, to migrena. Jeżeli nie migrena, to – za przeproszeniem – „sraczka”. I tak wygląda chodzenie po górach.
Na Instagramie wszyscy widzą tylko piękne widoczki. Och, jak ślicznie. Pomacha sobie człowiek nóżkami nad przepaścią i wygląda to bajecznie. Tylko że tak to nie wygląda. Są litry potu. Są kilometry podejść. Jest schodząca skóra ze stóp. Jest plecak, który z każdą godziną waży jakby coraz więcej.
Właśnie teraz pot dosłownie ze mnie kapie. Nagrywam to, idąc pod górę.
Do tych wszystkich małych przeciwności dochodzi jeszcze trudność samego szlaku. Skały, ekspozycja, przepaście. A są ludzie, którzy nie dość, że radzą sobie z tym wszystkim, to jeszcze robią rzeczy wręcz kosmiczne. Taki Andrzej Bargiel zjeżdżający na nartach z Mount Everestu. Albo Alex Honnold wspinający się bez żadnych zabezpieczeń. To już jest jakiś inny poziom.
Oczywiście ryzyko jest tam nieporównywalnie większe, ale nawet zwykły trekking to taka mała walka z przeciwnościami. Czasem również z samym sobą. Bo przychodzi moment, kiedy trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: iść dalej czy odpuścić? Kiedy nogi masz poobcierane do krwi, kiedy zaczyna brakować sił albo zdrowie mówi „dość”.
I właśnie dlatego te tygodnie czy miesiące przygotowań są chyba najważniejsze. Choć i tak wszystkiego nie przewidzisz.
Najśmieszniejsze jest jednak to, że możesz poświęcić dwa miesiące na przygotowania, wydać fortunę na sprzęt, a potem mija Cię starsza pani z bagietką na rowerze i wygląda, jakby w ogóle się nie męczyła. Albo jakiś gość przebiega tę samą trasę, na którą Ty potrzebujesz sześciu godzin, w niecałe dwie.
Ale to nie ma znaczenia. Każdy ma swoje cele i swoje tempo. A kosmici? Kosmici byli, są i zawsze będą.
—
Wpis nr 2
Jest ogromna różnica, kiedy idzie się rano, zanim słońce zacznie porządnie grzać. Mijałem miejsca, w których rok temu rozpaczliwie szukałem cienia. Tak jak wspominałem wcześniej – te dwie cienkie sosny, które prawie w ogóle go nie dawały. Po drodze było jeszcze jedno niewielkie drzewo, pod którym też można było na chwilę odetchnąć.
Później zaczęły się skały i trochę wspinania. Trochę przypominało mi to Tatry, tylko w dużo mniejszej skali. Przez chwilę skojarzyło mi się z podejściem na przełęcz pod Chłopkiem. Trzeba było schować kijki, pojawił się nawet krótki odcinek z łańcuchem. Potem szło się już grzbietem skał. Jeszcze nie samą granią, ale widoki robiły się coraz lepsze.
Doszedłem do miejsca, w którym rok temu puszczałem drona. Jest tam charakterystyczna skała wystająca nad przepaścią, z przepięknym widokiem na Calvi i morze. Tym razem dron został w domu, za to zabrałem Insta360 X5. Zobaczymy, jak się sprawdzi. Mam z nią tylko jeden problem. Nagrywa wszystko dookoła, łącznie ze mną. A ja niekoniecznie chcę być głównym bohaterem każdego ujęcia. Z drugiej strony właśnie takie kadry często wychodzą najciekawiej. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Jestem już prawie na grani. Za moment ją przekroczę, a potem – jeśli dobrze pamiętam – zacznie się długie zejście do Ortu di u Piobbu.
Mam nadzieję, że dotrę tam szybciej, niż pokazują drogowskazy. Bardziej martwi mnie jednak to, co czeka później. Z tego, co pamiętam, dalszy odcinek był już naprawdę wymagający. Taki solidny, tatrzański szlak. Co prawda znowu mam ciężki plecak, ale rok temu też go przecież niosłem. Nie ma co się nad tym zastanawiać. Trzeba po prostu zachować siły na to, co jeszcze przede mną.
Słońce zaczyna już porządnie przygrzewać.
Zatrzymałem się właśnie na krótką przerwę. Wypatrzyłem bardzo fajne miejsce pod drzewem. Już miałem usiąść, kiedy jakiś pan zaczął coś do mnie mówić po francusku. Odpowiedziałem, że niestety nie rozumiem. Po chwili przeszliśmy na angielski. Powiedział tylko jedno słowo:
“Ants.”
Faktycznie. Mrówki były wszędzie.
Podziękowałem, wstałem i znalazłem sobie inne miejsce.
I tak sobie pomyślałem, że z trekkingiem jest chyba podobnie. To, co z daleka wygląda idealnie, często ma jakiś haczyk. Czasem właśnie dlatego dane miejsce jest wolne, bo wszyscy wiedzą coś, czego Ty jeszcze nie wiesz.
Dobra. Czas iść dalej.
—
Wpis nr 3
Muszę powiedzieć jedno – w górach pora wyjścia robi ogromną różnicę. Do Ortu di u Piobbu planowo miałem dojść w 6 godzin i 30 minut, a udało się w 5 godzin i 30 minut. Nie dlatego, że nagle zacząłem szybciej chodzić. Po prostu pogoda zrobiła swoje.
Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że na GR20 wczesne wyjście rano to właściwie konieczność.
Po drodze pokazywałem sobie palcem miejsca, w których poprzednio dosłownie umierałem z gorąca. Pamiętałem, gdzie próbowałem schować się przed słońcem i gdzie szukałem choć odrobiny cienia. Tym razem wyglądało to zupełnie inaczej. Zbocza, które wcześniej były wystawione na pełne słońce, nadal pozostawały w cieniu. Szło się naprawdę komfortowo.
Jestem ciekawy, ile czasu zajęło mi to poprzednim razem, ale wydaje mi się, że około siedmiu godzin. Wtedy problem był prosty – wystartowałem za późno. Wynikało to z późnego dojazdu do Calenzany i dlatego do Ortu di u Piobbu dotarłem dopiero około dziewiętnastej.
Teraz tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że dobrze zrobiłem, zostając tam na noc. Kiedy następnego dnia zobaczyłem, jak wygląda dalsza trasa, nie wyobrażam sobie pokonywania jej po zmroku. Podejrzewam, że gdybym wtedy szedł z czołówką, skończyłoby się noclegiem gdzieś w połowie podejścia.
W Ortu di u Piobbu planowałem dłuższą przerwę na jedzenie, ale ostatecznie nie miałem ochoty siedzieć na polu namiotowym. Było tam po prostu jak na patelni. Za to jakieś sto metrów dalej znajduje się źródełko. Tam uzupełniłem wodę, porządnie się napiłem i napełniłem bukłak.
Zanim tam dotarłem, wypiłem około dwóch litrów wody. To oznaczało, że plecak zrobił się lżejszy o jakieś dwa kilogramy. Niestety tylko na chwilę. Po uzupełnieniu zapasów znowu ważył swoje, a przede mną było kolejne podejście.
Początkowo chciałem iść dalej bez postoju, bo nie zrobiłem planowanej przerwy obiadowej. Po chwili jednak doszedłem do wniosku, że odpoczynek to jednak obowiązkowy punkt dnia. Kilkaset metrów za Ortu di u Piobbu zatrzymałem się na kabanosy, zdjąłem buty, wysuszyłem stopy i posmarowałem je maścią na otarcia. Podobno najlepiej stosować ją już dwa tygodnie przed wyjazdem, bo uelastycznia skórę i zmniejsza ryzyko powstawania pęcherzy. Ja przypomniałem sobie o niej trochę później, ale uznałem, że i tak warto spróbować.
Po drodze minęło mnie też kilku biegaczy. Powiem szczerze – trochę im zazdrościłem. Nie samego biegania, ale plecaków. Jeden praktycznie bez niczego, drugi z takim maleństwem, do którego zmieściłyby się chyba trzy paczki chusteczek i pół litra wody. A ja? Cały plecak, kilka litrów wody i jedzenie na pięć dni.
Tak naprawdę jestem gdzieś pośrodku. Ani typowy backpacker, ani biegacz. Staram się odchudzać plecak, ile się da, ale przy takim przejściu i tak nie da się uciec od jego wagi.
Wpis nr 4
Po przerwie ruszam dalej. Według planu do Carozzu (1270 m n.p.m.) zostało mi jeszcze 6 godzin i 15 minut. Jeżeli rzeczywiście tyle mi to zajmie, powinienem być na miejscu około dziewiętnastej trzydzieści. Nawet jeśli dotrę dopiero koło dwudziestej, nic wielkiego się nie stanie. Teoretycznie do dziewiętnastej trzeba potwierdzić rezerwację, ale nie zamierzam przez to pędzić. Myślę, że jakiś kąt się dla mnie znajdzie.
A jutro zapowiada się bardzo spokojny dzień.
Skoro już mowa o odchudzaniu plecaka, wypijam dużo wody, póki ją mam. Zjadłem też wszystko, co mogłem. Każdy łyk i każdy kęs oznacza teraz trochę mniej do noszenia.
Sprawdzam, ile właściwie zrobiłem. Jestem teraz na wysokości 1540 m n.p.m., a zegarek pokazuje, że od rana uzbierało się już 1680 metrów podejścia. Z tego, co pamiętam, plan na cały dzień zakładał około 2100 metrów. Jeżeli dobrze liczę, zostało mi więc jeszcze mniej więcej 500 metrów pod górę.
Ciekawe, że prawie 1600 metrów podejścia zrobiłem jeszcze przed południem. Poranne wyjście naprawdę zrobiło różnicę.
Z tego, co pamiętam, dalej idzie się granią i jest trochę scramblingu, czyli łażenia po skałach. Podejścia nie zostało już tak dużo, ale teren wyraźnie zwolni tempo. I chyba właśnie dlatego ten odcinek ma zajmować ponad sześć godzin.
Dobra. Czas iść dalej.
Nocleg: prycza w Refuge de Carozzu (1 270 m).
