GR20, Alpine Variant w 12 dni
GR20 to legendarny szlak prowadzący przez całe wnętrze Korsyki – z Calenzany na północy do Concy na południu. Liczy około 180 kilometrów i w klasycznej wersji podzielony jest na 16 etapów. Od wielu lat uznawany jest za najtrudniejszy długodystansowy szlak trekkingowy w Europie. O jego reputacji decydują nie tylko duże przewyższenia i techniczne odcinki skalne, ale także letnie upały, ograniczony dostęp do wody oraz konieczność niesienia przez wiele dni całego ekwipunku.
GR20 można przejść na kilka sposobów. Oprócz wariantu klasycznego istnieją łatwiejsze obejścia oraz wymagające warianty alpejskie, prowadzące graniami i przez najbardziej eksponowane fragmenty gór. Ta relacja powstała z przejścia właśnie takiej wersji – uzupełnionej o wejścia na najważniejsze korsykańskie szczyty, między innymi Monte Cinto (2706 m n.p.m.), najwyższy szczyt wyspy, czy Monte d’Oro (2389 m n.p.m.).
Cała trasa została pokonana w 12 dni, z plecakiem i na własnych nogach, bez skracania przejść. Tam, gdzie było to możliwe, wybierałem trudniejsze warianty prowadzące wyżej i bliżej grani, bo właśnie one najlepiej pokazują charakter GR20. To one sprawiają, że ten szlak od lat pozostaje jednym z największych trekkingowych wyzwań w Europie.
Zdjęcia z wyprawy:
Mapa trasy: mapy.com
Dzień 1 — Calenzana → Ortu di u Piobbu → Refuge de Carozzu
Plan trasy: ok. 19 km · ok. 2 170 m podejścia · ok. 13 godzin marszu
Po drodze: Bocca di U RavLente, Bocca a U Saltu, Bocca a U Bassiguelu (1486 m), Refuge d’Ortu di u Piobbu (1 520 m, przelotem), Bocca Pisciaghja.
Wpis nr 1
Więc tak. Panie wstały około 4:30 i koło 4:40 wyszły z pokoju. Dzięki temu mogłem spokojnie się spakować. To jednak ogromny komfort, kiedy ma się cały pokój dla siebie i nikt nie przeszkadza. Wszystko idzie wtedy naprawdę sprawnie.
Przetestowałem też nową mieszankę śniadaniową: płatki górskie, liofilizowane owoce i mleko w proszku. Powiem tak – nie jest źle. To może nie jest coś, co tygrysy lubią najbardziej, ale człowiek jest po tym naprawdę syty. Do tego bagietka i pomidor, które zostały z wczoraj, i było całkiem git.
Udało się wyjść około 5:40. Chwilę po szóstej byłem już przy wejściu na szlak. Rewelacyjnie idzie się rano. Jest teraz ósma. Pokazuję właśnie palcem miejsce, w którym ostatnio praktycznie umierałem. Takie drzewo, właściwie dwie cienkie sosny, pod którymi próbowałem schować się w cieniu. Obok jest skalny występ z pięknym widokiem na Calvi.
Nie jest jednak tak kolorowo, bo obcierają mnie nowe buty. Niby wcześniej je testowałem, a jednak…
I taka refleksja przyszła mi do głowy. Człowiek jest uzależniony od tylu rzeczy, na które nie ma żadnego wpływu. Nie od technologii, tylko od zwykłych rzeczy, które go otaczają. Możesz być przygotowany, zdrowo jeść, kupić buty za tysiąc złotych, a na końcu i tak jesteś uzależniony od tego, czy ktoś gdzieś w Bangladeszu równo przyszył kawałek materiału. Albo czy projektant dobrze zaprojektował but. Chociaż właściwie nawet nie można mieć do niego pretensji. Ten sam model może pasować większości ludzi, a akurat Tobie nie. I chyba właśnie z tym mam teraz do czynienia.
Mam but kupiony z zapasem, wszystko wydawało się dobrze przemyślane, a jednak coś nie zagrało.
I tak sobie myślę, że trekking to ciągłe radzenie sobie z przeciwnościami. Jeżeli nie ból, to brak wody. Jeżeli nie brak wody, to burza i pogoda. Jeżeli nie pogoda, to migrena. Jeżeli nie migrena, to – za przeproszeniem – „sraczka”. I tak wygląda chodzenie po górach.
Na Instagramie wszyscy widzą tylko piękne widoczki. Och, jak ślicznie. Pomacha sobie człowiek nóżkami nad przepaścią i wygląda to bajecznie. Tylko że tak to nie wygląda. Są litry potu. Są kilometry podejść. Jest schodząca skóra ze stóp. Jest plecak, który z każdą godziną waży jakby coraz więcej.
Właśnie teraz pot dosłownie ze mnie kapie. Nagrywam to, idąc pod górę.
Do tych wszystkich małych przeciwności dochodzi jeszcze trudność samego szlaku. Skały, ekspozycja, przepaście. A są ludzie, którzy nie dość, że radzą sobie z tym wszystkim, to jeszcze robią rzeczy wręcz kosmiczne. Taki Andrzej Bargiel zjeżdżający na nartach z Mount Everestu. Albo Alex Honnold wspinający się bez żadnych zabezpieczeń. To już jest jakiś inny poziom.
Oczywiście ryzyko jest tam nieporównywalnie większe, ale nawet zwykły trekking to taka mała walka z przeciwnościami. Czasem również z samym sobą. Bo przychodzi moment, kiedy trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: iść dalej czy odpuścić? Kiedy nogi masz poobcierane do krwi, kiedy zaczyna brakować sił albo zdrowie mówi „dość”.
I właśnie dlatego te tygodnie czy miesiące przygotowań są chyba najważniejsze. Choć i tak wszystkiego nie przewidzisz.
Najśmieszniejsze jest jednak to, że możesz poświęcić dwa miesiące na przygotowania, wydać fortunę na sprzęt, a potem mija Cię starsza pani z bagietką na rowerze i wygląda, jakby w ogóle się nie męczyła. Albo jakiś gość przebiega tę samą trasę, na którą Ty potrzebujesz sześciu godzin, w niecałe dwie.
Ale to nie ma znaczenia. Każdy ma swoje cele i swoje tempo. A kosmici? Kosmici byli, są i zawsze będą.
——
Wpis nr 2
Jest ogromna różnica, kiedy idzie się rano, zanim słońce zacznie porządnie grzać. Mijałem miejsca, w których rok temu rozpaczliwie szukałem cienia. Tak jak wspominałem wcześniej – te dwie cienkie sosny, które prawie w ogóle go nie dawały. Po drodze było jeszcze jedno niewielkie drzewo, pod którym też można było na chwilę odetchnąć.
Później zaczęły się skały i trochę wspinania. Trochę przypominało mi to Tatry, tylko w dużo mniejszej skali. Przez chwilę skojarzyło mi się z podejściem na przełęcz pod Chłopkiem. Trzeba było schować kijki, pojawił się nawet krótki odcinek z łańcuchem. Potem szło się już grzbietem skał. Jeszcze nie samą granią, ale widoki robiły się coraz lepsze.
Doszedłem do miejsca, w którym rok temu puszczałem drona. Jest tam charakterystyczna skała wystająca nad przepaścią, z przepięknym widokiem na Calvi i morze. Tym razem dron został w domu, za to zabrałem Insta360 X5. Zobaczymy, jak się sprawdzi. Mam z nią tylko jeden problem. Nagrywa wszystko dookoła, łącznie ze mną. A ja niekoniecznie chcę być głównym bohaterem każdego ujęcia. Z drugiej strony właśnie takie kadry często wychodzą najciekawiej. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Jestem już prawie na grani. Za moment ją przekroczę, a potem – jeśli dobrze pamiętam – zacznie się długie zejście do Ortu di u Piobbu.
Mam nadzieję, że dotrę tam szybciej, niż pokazują drogowskazy. Bardziej martwi mnie jednak to, co czeka później. Z tego, co pamiętam, dalszy odcinek był już naprawdę wymagający. Taki solidny, tatrzański szlak. Co prawda znowu mam ciężki plecak, ale rok temu też go przecież niosłem. Nie ma co się nad tym zastanawiać. Trzeba po prostu zachować siły na to, co jeszcze przede mną.
Słońce zaczyna już porządnie przygrzewać.
Zatrzymałem się właśnie na krótką przerwę. Wypatrzyłem bardzo fajne miejsce pod drzewem. Już miałem usiąść, kiedy jakiś pan zaczął coś do mnie mówić po francusku. Odpowiedziałem, że niestety nie rozumiem. Po chwili przeszliśmy na angielski. Powiedział tylko jedno słowo:
“Ants.”
Faktycznie. Mrówki były wszędzie.
Podziękowałem, wstałem i znalazłem sobie inne miejsce.
I tak sobie pomyślałem, że z trekkingiem jest chyba podobnie. To, co z daleka wygląda idealnie, często ma jakiś haczyk. Czasem właśnie dlatego dane miejsce jest wolne, bo wszyscy wiedzą coś, czego Ty jeszcze nie wiesz.
Dobra. Czas iść dalej.
—
Wpis nr 3
Muszę powiedzieć jedno – w górach pora wyjścia robi ogromną różnicę. Do Ortu di u Piobbu planowo miałem dojść w 6 godzin i 30 minut, a udało się w 5 godzin i 30 minut. Nie dlatego, że nagle zacząłem szybciej chodzić. Po prostu pogoda zrobiła swoje.
Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że na GR20 wczesne wyjście rano to właściwie konieczność.
Po drodze pokazywałem sobie palcem miejsca, w których poprzednio dosłownie umierałem z gorąca. Pamiętałem, gdzie próbowałem schować się przed słońcem i gdzie szukałem choć odrobiny cienia. Tym razem wyglądało to zupełnie inaczej. Zbocza, które wcześniej były wystawione na pełne słońce, nadal pozostawały w cieniu. Szło się naprawdę komfortowo.
Jestem ciekawy, ile czasu zajęło mi to poprzednim razem, ale wydaje mi się, że około siedmiu godzin. Wtedy problem był prosty – wystartowałem za późno. Wynikało to z późnego dojazdu do Calenzany i dlatego do Ortu di u Piobbu dotarłem dopiero około dziewiętnastej.
Teraz tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że dobrze zrobiłem, zostając tam na noc. Kiedy następnego dnia zobaczyłem, jak wygląda dalsza trasa, nie wyobrażam sobie pokonywania jej po zmroku. Podejrzewam, że gdybym wtedy szedł z czołówką, skończyłoby się noclegiem gdzieś w połowie podejścia.
W Ortu di u Piobbu planowałem dłuższą przerwę na jedzenie, ale ostatecznie nie miałem ochoty siedzieć na polu namiotowym. Było tam po prostu jak na patelni. Za to jakieś sto metrów dalej znajduje się źródełko. Tam uzupełniłem wodę, porządnie się napiłem i napełniłem bukłak.
Zanim tam dotarłem, wypiłem około dwóch litrów wody. To oznaczało, że plecak zrobił się lżejszy o jakieś dwa kilogramy. Niestety tylko na chwilę. Po uzupełnieniu zapasów znowu ważył swoje, a przede mną było kolejne podejście.
Początkowo chciałem iść dalej bez postoju, bo nie zrobiłem planowanej przerwy obiadowej. Po chwili jednak doszedłem do wniosku, że odpoczynek to jednak obowiązkowy punkt dnia. Kilkaset metrów za Ortu di u Piobbu zatrzymałem się na kabanosy, zdjąłem buty, wysuszyłem stopy i posmarowałem je maścią na otarcia. Podobno najlepiej stosować ją już dwa tygodnie przed wyjazdem, bo uelastycznia skórę i zmniejsza ryzyko powstawania pęcherzy. Ja przypomniałem sobie o niej trochę później, ale uznałem, że i tak warto spróbować.
Po drodze minęło mnie też kilku biegaczy. Powiem szczerze – trochę im zazdrościłem. Nie samego biegania, ale plecaków. Jeden praktycznie bez niczego, drugi z takim maleństwem, do którego zmieściłyby się chyba trzy paczki chusteczek i pół litra wody. A ja? Cały plecak, kilka litrów wody i jedzenie na pięć dni.
Tak naprawdę jestem gdzieś pośrodku. Ani typowy backpacker, ani biegacz. Staram się odchudzać plecak, ile się da, ale przy takim przejściu i tak nie da się uciec od jego wagi.
No nic. Czas ruszać dalej w kierunku Carrozzu.
Nocleg: prycza w Refuge de Carozzu (1 270 m).
Dzień 0 — z Calvi do Calenzany, wigilia startu
Plan trasy: Calvi (8 m) → Calenzana (275 m) · Pociąg do U Fiumeseccu Alzeta (GR20) i ok. 8 km drogą · bez marszu po GR20
Poranek był bardzo spokojny. Ostatni raz przepakowałem plecak, podładowałem całą elektronikę i wyrzuciłem kilka rzeczy, których ostatecznie postanowiłem nie zabierać na szlak.
Zostały jeszcze ostatnie zakupy w SPAR-ze. Kupiłem między innymi repelent. Po dłuższym zastanowieniu uznałem, że jednak warto go zabrać. Teraz przez kilka dni nie będzie żadnej cywilizacji, więc lepiej mieć go przy sobie. Mam butelkę 100 ml, ale chyba połowę po prostu wyleję. To około 50 gramów różnicy. Wiem, że brzmi to trochę śmiesznie, ale kiedy zsumuje się wszystkie takie drobiazgi, nagle okazuje się, że robi się z tego całkiem sporo dodatkowego ciężaru który trzeba nosić na grzbiecie. Ciężko. A jeszcze trzeba dodać 3 litry wody.
Kupiłem również bilet na pociąg do U Fiumeseccu Alzeta (GR20). To niewielki przystanek kolejowy, który do 2017 roku nosił nazwę Camp Raffalli GR20. Znajduje się tuż obok obozu wojskowego Camp Raffalli i jest najbliższą stacją dla osób rozpoczynających GR20 w Calenzanie.
Sam Camp Raffalli jest bazą 2. Pułku Spadochronowego Legii Cudzoziemskiej (2e Régiment Étranger de Parachutistes – 2e REP). To jedna z najbardziej znanych jednostek Legii Cudzoziemskiej, stacjonująca tutaj od lat sześćdziesiątych. Część obiektów należących do tej jednostki znajduje się również w samym Calvi, więc wojskową obecność w mieście widać praktycznie na każdym kroku.
Stamtąd czeka mnie jeszcze około ośmiu kilometrów podejścia do Calenzany. Na razie jednak bez pośpiechu. Postanowiłem wykorzystać jeszcze kilka godzin na spacer po Calvi.
Usiadłem w kawiarni na kawę i przy okazji nauczyłem się kolejnego przydatnego francuskiego słowa. Café allongé to w praktyce coś bardzo zbliżonego do americano albo lungo. Dobrze wiedzieć na przyszłość.
Śniadanie zjadłem nad samym morzem – w porcie Calvi. Świeża kanapka z kurczakiem, kawa i widok na port. Tak naprawdę niewiele więcej potrzeba do dobrego poranka. Nie trzeba ekskluzywnej restauracji, żeby zjeść naprawdę przyjemne śniadanie.
Przed wyjazdem udało mi się jeszcze zwiedzić cytadelę w Calvi i trochę pochodzić po mieście. Oczywiście wybrałem na to środek dnia, kiedy upał był największy. Między południem a piętnastą obeszedłem praktycznie wszystkie miejsca, które chciałem zobaczyć. Potem wróciłem do hotelu po plecak i ruszyłem na pociąg.
Poza sezonem autobusy do Calenzany jeszcze nie kursują. W praktyce pozostaje taksówka albo pociąg do U Fiumeseccu Alzeta (GR20), a stamtąd pieszo.
Do stacji dojechałem bez problemu. I tutaj znowu dopisało mi szczęście. Nawet nie próbowałem łapać stopa. Wyszedłem tylko ze sklepu i po chwili zatrzymała się kobieta, która zaproponowała podwiezienie. Dzięki temu dotarłem praktycznie pod samo schronisko. Chyba mam tutaj skuteczność większą niż sto procent – łapię stopa nie łapiąc stopa.
W recepcji Gîte d’étape zaczęła się mała walka z komunikacją. Pani z obsługi nie mówiła po angielsku, ale z pomocą innych turystów, telefonu, kilku słów po francusku i języka migowego udało się wszystko załatwić. Łóżko czekało.
Warunki są typowo schroniskowe. Nie ma co narzekać. Jest woda, jest kuchnia i jest gdzie spać. Największym problemem wydaje się temperatura. Jest naprawdę gorąco. Coraz bardziej zastanawiam się, czy śpiwór na tej trasie jest w ogóle potrzebny. Mam wrażenie, że samo prześcieradło spokojnie by wystarczyło.
Dostałem pokój numer 5. Byłem pierwszy, więc mogłem wybrać sobie łóżko. Wybrałem dolne, tuż przy oknie, licząc na trochę więcej powietrza. Razem ze mną w pokoju mieszkają jeszcze trzy kobiety, trochę starsze ode mnie. Jedna mówi po angielsku, z pozostałymi dogadujemy się trochę po angielsku, trochę po francusku i trochę na migi. Wszystkie również idą na GR20 i, co najważniejsze, planują wyjść bardzo wcześnie rano. Budzik o 4:30, wyjście około piątej. Dokładnie taki sam plan miałem od początku. Najbardziej obawiam się upału, dlatego chciałbym jak największą część trasy przejść jeszcze przed południem.
Wieczorem poszedłem jeszcze do SPAR-u. Kupiłem bagietkę, pomidory, korsykański ser i trzy litry wody, bo ta w schronisku ma dość wyraźny metaliczny posmak.
Na koniec zrobiłem jeszcze krótki spacer po Calenzanie i usiadłem na lokalnym piwie w barze Picciu Calenzana. Właśnie rozstawiali telewizor na wieczorny mecz i przez chwilę miałem dylemat, czy zostać, czy jednak wrócić do dusznego pokoju i położyć się wcześniej spać. Szczerze mówiąc, wcale nie miałem ochoty wracać.
Dzisiaj popełniłem też pierwszy mały błąd. Wyszedłem zwiedzać Calvi bez kremu z filtrem. Nie jest źle, ale zaczynam już odczuwać skutki korsykańskiego słońca. Ostrzeżenie zrozumiałem. Od jutra krem będzie obowiązkowy. Nadal nie przepadam za smarowaniem się od stóp do głów. Mam wtedy wrażenie, jakbym nacierał się oliwą przed pieczeniem albo przygotowywał do smażenia pod korsykańskim słońcem.
Teraz pozostaje już tylko dobrze się wyspać. Jutro przede mną pierwszy dzień na GR20. Według planu około trzynastu godzin marszu. Najbardziej liczę na to, że uda się wykorzystać chłodny poranek, zanim słońce pokaże swoją pełną siłę.
Nocleg: gîte d’étape w Calenzanie (275 m).
Dzień -1 — Wylot: Gdańsk-Franfurt-Monachum-Bastia-Calvi
Całą noc spędziłem na pakowaniu. Chyba najwięcej czasu zajęło przygotowanie woreczków ze śniadaniami. Przygotowałem mieszanki płatków z suszonymi owocami i dodatkami w trzech różnych wariantach. Jedną porcję zrobiłem specjalnie na pierwszy poranek przed wyjściem na szlak.
Zobaczę w praktyce, jak się sprawdzą. Na razie wszystko wygląda dobrze, ale dopiero kilka dni marszu pokaże, czy taki pomysł rzeczywiście ma sens.
Przez całe to pakowanie praktycznie nie było czasu na odpoczynek. Przed wyjazdem miałem może piętnaście minut, żeby usiąść i złapać oddech. O 4:30 byłem już na lotnisku w Gdańsku, wylot o 6:00, a po drodze dwie przesiadki – Frankfurt i Monachium. Na szczęście cała podróż przebiegła bez większych problemów.
Na Korsyce przywitało mnie około 35°C. Różnica w stosunku do Polski była odczuwalna od razu. Bez większych problemów dotarłem do dworca autobusowego i tam zaczęła się pierwsza organizacyjna część wyjazdu.
Jak zwykle punkt informacji turystycznej nie okazał się zbyt pomocny. Mam wrażenie, że wcześniej znalazłem w internecie więcej konkretnych informacji niż udało mi się uzyskać na miejscu. Pani wyglądała raczej na zmęczoną i odnosiłem wrażenie, że bardziej przeszkadzam jej w przeglądaniu telefonu niż zadaję trudne pytania.
Okazało się, że do autobusu do Calvi mam jeszcze ponad godzinę. Postanowiłem dobrze wykorzystać ten czas i nadałem paczkę do Vizzavony. To właśnie tam będzie czekał na mnie zapas jedzenia na drugą część GR20. Dzięki temu nie muszę nieść wszystkiego od pierwszego dnia. Mimo to plecak i tak wyszedł cięższy, niż planowałem. Widocznie jeszcze jest nad czym popracować.
Przy okazji zajrzałem też do apteki. Kupiłem magnez i kilka drobiazgów, których brakowało mi na liście. Miło było przekonać się, że po wielu tygodniach przygotowań właściwie niczego ważnego już nie musiałem dokupować.
Na tę chwilę wszystko wygląda zgodnie z planem. Oczywiście dopiero pierwszy dzień na szlaku zweryfikuje wszystkie wcześniejsze założenia, ale przynajmniej etap przygotowań mogę uznać za zamknięty.
Wieczór spędzam już spokojnie w hotelu. Standard jest raczej przeciętny, ale to akurat nie ma większego znaczenia. Jest prysznic, jest łóżko i przede wszystkim mogę odespać ostatnią noc, która praktycznie w całości upłynęła na pakowaniu.
Jutro bez pośpiechu ruszam dalej. Jeśli zostanie trochę czasu, przejdę się jeszcze po okolicy. Wieczorem muszę dotrzeć do Calenzany. Trochę obawiam się, że autobus nie dojedzie do samej miejscowości i na koniec czeka mnie jeszcze kilka kilometrów marszu, ale tym będę martwił się dopiero jutro. Dzisiaj wreszcie można na chwilę odetchnąć przed właściwym początkiem wyprawy.
—-
Dzisiaj muszę przyznać, że szczęście naprawdę mi dopisało. Nie dość, że udało się załatwić wszystkie sprawy, które miałem zaplanowane, to jeszcze podróż autobusem do Calvi minęła bardzo przyjemnie.
W międzyczasie udało mi się zarezerwować hotel. Trafiła się naprawdę dobra okazja, bo ktoś chwilę wcześniej odwołał rezerwację. Dzięki temu nocuję praktycznie w samym centrum Calvi. Tego zupełnie się nie spodziewałem.
To był naprawdę relaksujący wieczór przed dużym wysiłkiem, który czeka mnie od jutra na GR20. Skorzystałem z okazji i wybrałem się jeszcze na lokalną kolację. Zamówiłem korsykańską cielęcinę: Sauté de Veau Corse au y Olives i kieliszek białego wina. Bardzo przyjemne zakończenie dnia.
Była też chwila stresu. Na lotnisku upadł mi aparat i przez moment wyglądało na to, że przestał działać. Na szczęście, kiedy zacząłem wszystko sprawdzać, okazało się, że rozładowała się tylko bateria. Włożyłem drugą i aparat od razu ożył. Muszę przyznać, że odetchnąłem z ulgą. Awaria aparatu jeszcze przed rozpoczęciem wyprawy byłaby naprawdę wyjątkowym pechem.
Po całym zamieszaniu z pakowaniem, podróżą i dojazdem do Calvi taki spokojny wieczór był dokładnie tym, czego potrzebowałem. Jutro zaczyna się właściwa przygoda.
Nocleg: Hotel w Calvi.
Dzień -2 — Gdańsk, przygotowania do wyjazdu
Wczoraj całą noc przygotowania i pakowanie, jak zejść z 100g albo ile jedzenia zabrać. Niełatwe sprawy. I tak super waga – zszedłem do 13,2kg na plecach. W tym plecak 6.6kg, Jedzenie na 5-7dni 3.9kg i woda 2.75 kg (czyli prawie 3l – ma być 32 stopnie…).
Do tego trzeba doliczyć ok. 900g aparat na szelkach plecaka.
A tutaj zaawansowane obliczenia – jak excel to wiadomo że jest na poważnie:


Także z planem trekkingu nie ma żartów:

Jeszcze w proszku. Zdjęcia z przygotowań – jak widać chaos jest duży.

Na koniec dnia muszę zmniejszyć entropię tego rozwiązania.







































