Dzień -1 — Wylot i przylot do Calvi: Gdańsk-Franfurt-Monachum-Bastia-Calvi
Całą noc spędziłem na pakowaniu. Chyba najwięcej czasu zajęło przygotowanie woreczków ze śniadaniami. Przygotowałem mieszanki płatków z suszonymi owocami i dodatkami w trzech różnych wariantach. Jedną porcję zrobiłem specjalnie na pierwszy poranek przed wyjściem na szlak.
Zobaczę w praktyce, jak się sprawdzą. Na razie wszystko wygląda dobrze, ale dopiero kilka dni marszu pokaże, czy taki pomysł rzeczywiście ma sens.
Przez całe to pakowanie praktycznie nie było czasu na odpoczynek. Przed wyjazdem miałem może piętnaście minut, żeby usiąść i złapać oddech. O 4:30 byłem już na lotnisku w Gdańsku, wylot o 6:00, a po drodze dwie przesiadki – Frankfurt i Monachium. Na szczęście cała podróż przebiegła bez większych problemów.


Na Korsyce przywitało mnie około 35°C. Różnica w stosunku do Polski była odczuwalna od razu. Po przylocie – obowiązkowe czekanie na plecak przy taśmie bagażowej z duszą na ramieniu czy dobrze plecak zabezpieczyłem i czy dotarł nieuszkodzony. Dobry patent do wykorzystania ponownie – użyłem nieco za dużego pokrowca przeciwdeszczowego na plecak i kilka pasków z klamerkami dla ściągnięcia i zabezpieczenia plecaka. W szczególności szelki muszą być schowane aby Panowie nie szarpali i nie rzucali pakunkiem przy przepakowywaniu do drugiego lotu. Przy liczeniu każdego grama nie mogłem sobie pozwolić na dodatkową torbę a pokrowiec przeciwdeszczowy i tak musiałem zabrać.
Na szczęście plecak dotarł nieuszkodzony, po odpakowaniu plecaka mogłem w końcu wyjść do głównego hallu lotniska.
Dopiero teraz rozpoczyna się właściwa przygoda i weryfikacja poczynionych planów przed monitorem w domu. Prawdziwe sprawdzenie czy wcześniejszy research jest poprawny. Co prawda założyłem pewne marginesy bezpieczeństwa i zapas na wszelki wypadek ale i tak jest ogromna ilość rzeczy nieprzewidzianych i rzeczy które mogą się nie udać.
Pierwsze kroki skierowałem do informacji – jak dostać się z lotniska do miasta? I jak do Calvii z Bastii ? Jak zwykle punkt informacji turystycznej nie okazał się zbyt pomocny. Mam wrażenie, że wcześniej znalazłem w internecie więcej konkretnych informacji niż udało mi się uzyskać na miejscu. Pani wyglądała raczej na zmęczoną faktem że musi siedzieć w informacji i odnosiłem wrażenie, że przeszkadzam jej w przeglądaniu telefonu zadając trudne pytania. A dodatkową atrakcją okazała się bariera językowa, nie udało nam się odnaleźć jednego wspólnego języka który by obie strony znały w stopniu zadawalającym. Na szczęście z małymi problemami ale udało się jakoś porozumieć. Niestety wynikiem takiej rozmowy migowo-różnojęzykowej jest duża niepewność czy dobrze obie strony się zrozumiały.
Nie udało mi się uzyskać od Pani informacji czy autobus z Bastii do Calvi jeździ w dniu dzisiejszym i czy o 16:00 czy o 17:00. To o tyle ważne że chciałem dotrzeć do Calvi jeszcze tego samego dnia. Różnice i niejasności wynikały z tego że przyleciałem jeszcze przed oficjalnym sezonem na sam koniec roku szkolnego. Inne godziny kursowania są w dni szkolne oraz inne w piątek i poniedziałek a inne w pozostałe dni tygodnia. Pani miała zdanie zupełnie odmienne od mojego – wg. mnie to jeszcze rok szkolny, autobus o 17:00 i mam jeszcze czas na dotarcie do dworca autobusowego. Co więcej kierowała mnie na jakiś inny przystanek bliżej lotniska…
W każdym razie bez wiążących wniosków udałem się na przystanek autobusu shuttle z lotniska do centrum Bastii – który jeździ mniej więcej co godzinę. Oprócz mnie na autobus czekały tylko dwie osoby – takie uroki podróżowania przed sezonem.
Bez większych problemów dotarłem do dworca autobusowego w centum Bastii co ciekawe jeszcze przed czasem i od razu zweryfikowałem kto miał rację… nie było autobusu o 16.00.


Postanowiłem dobrze wykorzystać ten czas który jeszcze miałem i nadałem paczkę do Vizzavony. To właśnie tam będzie czekał na mnie zapas jedzenia na drugą część GR20. Dzięki temu nie muszę nieść wszystkiego od pierwszego dnia. Mimo to plecak i tak wyszedł cięższy, niż planowałem. Widocznie jeszcze jest nad czym popracować, albo nie jeść albo jeść w schroniskach aby plecak był lżejszy.
Z takich ciekawostek to autobus Bastia – Calvi jeździ tylko raz dziennie. Następny dopiero w dniu jutrzejszym. Właśnie na takie przypadki konieczny jest dzień zapasowy.
Przy okazji zajrzałem też do apteki. Kupiłem magnez i kilka drobiazgów, których brakowało mi na liście. Miło było przekonać się, że po wielu tygodniach przygotowań właściwie niczego ważnego już nie musiałem dokupować.
Na tę chwilę wszystko wygląda zgodnie z planem. Oczywiście dopiero pierwszy dzień na szlaku zweryfikuje wszystkie wcześniejsze założenia.




Podróż do Calvi przebiegł już bez większych przygód. W trakcie podróży udało mi się jeszcze zarezerwować hotel na jedną noc. Wcześniej tego nie robiłem bo nie byłem pewien gdzie będzie mi dane ją spędzić.
Wieczór spędzam już spokojnie w hotelu. Standard jest ok ale bez rewelacji, ale to akurat nie ma większego znaczenia. Jest prysznic, jest łóżko i przede wszystkim mogę odespać ostatnią noc, która praktycznie w całości upłynęła na pakowaniu. Najlepsza jest lokalizacja przy głównym deptaku Calvi. Po krótkiej rozmowie z Panią w recepcji usłyszałem że mam niebywałe szczęście że znalazłem pokój w takiej cenie w tym hotelu – normalnie nie jest on dostępny.
Wieczorem jeszcze spacer po wieczornym Calvi – taki relaksujący wieczór przed dużym wysiłkiem, który czeka mnie od jutra na GR20. Postanowiłem skorzystać z okazji i wybrać się jeszcze na lokalną kolację – zjeść jeszcze elegancki posiłek, potem będzie tylko jedzenie w schronisku. Zamówiłem pyszności – korsykańską cielęcinę: Sauté de Veau Corse au y Olives i kieliszek białego wina. Bardzo przyjemne zakończenie dnia.



Dzisiaj muszę przyznać, że szczęście naprawdę mi dopisało. Nie dość, że udało się zdążyć na autobus na Calvi to jeszcze załatwić wszystkie sprawy, które miałem zaplanowane bez żadnych kłopotów.
Jutro bez pośpiechu ruszam dalej. Dopiero wieczorem muszę dotrzeć do Calenzany. Trochę obawiam się, że autobus nie dojedzie do samej miejscowości i na koniec czeka mnie jeszcze kilka kilometrów marszu, ale tym będę martwił się dopiero jutro.
Była też chwila stresu. Na lotnisku upadł mi aparat i przez moment wyglądało na to, że przestał działać. Na szczęście, kiedy zacząłem wszystko sprawdzać, okazało się, że rozładowała się tylko bateria. Włożyłem drugą i aparat od razu ożył. Muszę przyznać, że odetchnąłem z ulgą. Awaria aparatu jeszcze przed rozpoczęciem wyprawy byłaby naprawdę wyjątkowym pechem.
Po całym zamieszaniu z pakowaniem, podróżą i dojazdem do Calvi taki właśnie spokojny wieczór był dokładnie tym, czego potrzebowałem. Jutro zaczyna się właściwa przygoda.




Nocleg: Hotel w Calvi.